Penang – część 2

Jedną z ciekawszych rzeczy do zobaczenia na Penangu są Clan Jetties, czyli domy w porcie zbudowane na palach.
Są to całe osiedla zbudowane na nabrzeżu, kojarzące się trochę z Wenecją. Dostępne są dla turystów, choć przed wejściem jest ostrzeżenie, że każdy wchodzi tam na własne ryzyko!

A tam … życie płynie jakoś wolniej 😉

Gdy docieramy na dworzec autobusowy, jesteśmy lekko zakręceni, bo autobusów dużo, a informacji niewiele. Gdy tak stoimy zagubieni podchodzi do nas Malajka (lub Chinka, już nie pamiętam) i wszystko nam tłumaczy. Pokazuje nam rozkład jazdy, informuje o sposobie zapłaty za bilety, mówi, gdzie warto pojechać, a gdzie nie,…
Pewnie ze dwa autobusy jej uciekają, a ona wciąż próbuje się nami zaopiekować jak matka małymi dziećmi 🙂
Bardzo to miłe, bo Malezyjczycy generalnie są bardzo mili.
W końcu decydujemy się na Penang Hill i wsiadamy do autobusu 204.

IMG_0636

Na samym wzgórzu jesteśmy trochę zawiedzeni, ale to ze względu na pogodę. Widok na miasto jest rozmazany, bo wszędzie chmury. Ładna i w świetnym stanie jest za to świątynia hinduska na szczycie.

 

 

W tej samej okolicy jest też największa buddyjska świątynia w Malezji. Kek Lok Si, bo o niej mowa, widoczna jest z daleka i już z daleka robi wrażenie swoim rozmiarem.

W świątyni znajdujemy drzewko szczęścia na którym wieszamy wcześniej kupione i podpisane marzenia 😉
Marzenia są w formie wstążeczek w różnych kolorach, wystarczy tylko znaleźć odpowiednią, podpisać i powiesić na drzewku, a spełnienie gwarantowane!

Jest też inna atrakcja. Można przyczynić się do zbudowania dachu dla wielkiego Buddy. Wystarczy kupić dachówkę, podpisać ją i już na stałe wpisać się w historię tego miejsca. Z tej opcji rezygnujemy 😉

Po wyjściu ze świątyni spacerujemy chwilkę po niezwykle barwnej okolicy. Jest duszno, tłoczno i kolorowo.


Odwiedzamy też SPICE GARDEN. Niestety rozczarowujemy się lekko, bo … bo w sumie nie wiemy dlaczego. Spodziewaliśmy się dotknąć,  zobaczyć, powąchać i spróbować różnych przypraw, gdy tymczasem dostajemy audioguide do ręki i przy poszczególnych krzaczkach (często bez żadnego owocu) słuchamy jałowych informacji. Zresztą to nie sezon na przyprawy i nic praktycznie nie rośnie.
OK. Jest pieprz 😉

Na koniec odwiedzamy barwną dzielnicę hinduską.

Próbuję złapać w obiektywie całe rodziny podróżujące na jednym skuterku, niestety szczęście mi nie dopisuje. Łapię za to fenomen Malezyjski: motocyklistę w kurtce założonej tyłem do przodu. Od właściciela hotelu dowiaduję się jaki jest powód, że tak się ubierają.
Nie zakładają kurtki normalnie, bo byłoby im za gorąco, natomiast zakładając tyłem do przodu chronią ręce przed słońcem. Proste!

I tak dobiega końca nasz pobyt w raju jedzeniowym. W ostatniej chwili przeżywamy stres, bo o 22 wieczorem dowiadujemy się, że właścicielowi hotelu nie udało się zarezerwować nam przejazdu do następnego punktu. Chcieliśmy wyjechać busem wcześnie rano, tymczasem podobno nie ma już miejsc.
Ale od czego mamy internet. Szybko przeszukujemy sieć, przewodnik i w końcu rezerwujemy bilety!
Cameron Highlands przybywamy!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s