Gorący dzień na półwyspie Santbutong

Jedną z rzeczy które warto zobaczyć na Borneo są longhaus’y czyli domy klanowe na palach. Domy takie po jednej stronie, na całej długości mają część wspólną, która służy wszystkim mieszkańcom, gdzie się gotuje, szyje, odpoczywa, spędza wolny czas…
Druga strona podzielona jest na małe pokoiki, sypialnie członków społeczności.
Taki dom można spróbować odnaleźć na własną rękę i poprosić mieszkańców o pokazanie.
My wybraliśmy opcję turystyczną, moim zdaniem wartą zobaczenia. Sarawak Cultural Village w Santbutong to miejsce gdzie stoi kilka takich longhausów, każdy charakterystyczny dla innej grupy etnicznej zamieszkującej wyspę.
Poza tym, co nawet ciekawsze od samych domów, można zobaczyć ludzi w lokalnych kolorowych strojach, wykonujących pokazy imitujące życie codziennie (gotowanie, zabawy, tańce, szycie, itd).
Żywy skansen 🙂

Oprócz tego dwa razy dziennie jest show z pokazami tańców. I znów kolorowo, wesoło i przyjemnie dla oka.

Po wyjściu z wioski mieliśmy w planach kąpiel w morzu, bo plaża była tuż tuż, a dzień wybitnie gorący i słoneczny.
Jakie było zdziwienie, gdy na plaży (przy której stoi wielki hotel), prawie nie było ludzi. Było zaledwie parę osób, głównie młodzież fotografująca się na tle morza i kilka osób kąpiących się w pełnym ubraniu.

Znalazłam się w sytuacji dość dziwnej, bo mimo słońca uleciała gdzieś moja ochota na rozebranie się przy tych wszystkich zakrytych kobietach. Postanowiliśmy oddalić się trochę, ale wtedy właśnie, przechodząc obok grupy młodzieży zostaliśmy poproszeni o zrobienie zdjęcia. Malajowie poprosili nas nie o zrobienie im zdjęć, tylko zapytali, czy mogą zrobić sobie zdjęcia z nami! Tak! Jak celebryci! 😉
Sfotografowali się z nami wszyscy i pozwolili odejść dalej, ale wciąż obserwowali. Wtedy już byłam pewna, że się nie wykąpię.
Na szczęście zmoczenie nóg mi wystarczyło, bo woda była gorąca jak zupa i nie widzieliśmy sensu we wchodzeniu do niej.

Ponieważ do odjazdu autobusu zostało nam jeszcze sporo czasu, postanowiliśmy znaleźć trasę, żeby w cieniu lasu powspinać się trochę. Idąc w stronę wejścia do Parku Narodowego zauważyliśmy ludzi, którzy całkowicie zmoczeni wyszli z bocznej ścieżki. Niewiele myśląc poszliśmy sprawdzić gdzie tak zmokli (czyżby strumyk?). Rzeczywiście blisko drogi była rzeczka, w której cała rodzina (czwórka dzieci) bierze kąpiel, myje włosy, szaleje,..
Tym razem przełamałam wstyd częściowo (na stroju kąpielowym pozostała koszulka, a mimo to czułam się goła).
Bardzo fajnie tam było, a dzieci, które dokazywały obok nas były tak radośnie beztroskie.
W międzyczasie przyszła grupka chińskiej młodzieży, weszli do rzeki tak samo jak Malajowie, czyli w ubraniu. Jedna z dziewczyn poszła w krzaki przebrać się, co mnie zdziwiło, bo myślałam, że jako jedyna wyskoczy w stroju kąpielowym, ale nie. Przyszła przebrana w inne ubranie, zapewne specjalne do kąpieli.

Po kąpieli dotarliśmy do Parku Narodowego, gdzie wybraliśmy najkrótszą godzinną trasę niebieską.
Najkrótszą, co wcale nie znaczy, że prostą. Na szczęście strachu było już mniej.

To był rzeczywiście dzień pełen wrażeń!

UPDATE:
Zapomniałam napisać, że później przeczytałam o tym, że nie powinno się kąpać w rzekach w tamtych rejonach, ze względu na krokodyle.

Advertisements

3 myśli nt. „Gorący dzień na półwyspie Santbutong”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s