Montenegro biorę w ciemno!

To był szalony pomysł: 7 osób, w tym małe dzieci, środek lata a my bez rezerwacji postanawiamy pojechać do Czarnogóry!
Wyjazd w ciemno ma ten plus, że gdy miejsce się znudzi można ruszyć dalej.
Ma też ten minus, że można wylądować w Hotelu Grand(!) za kwotę znacznie przewyższającą początkowe założenia.
Tak czy inaczej wyjazd należy uznać za więcej niż udany.

Pierwszy nocleg, „na trasie” – w pobliżu granicy z Bośnią i Hercegowiną znaleźliśmy bardzo szybko, za całkiem przyzwoitą cenę i w bardzo dobrym miejscu. Na plaży.
Zostaliśmy tam 3 dni.

Było to idealne miejsce wypadowe do Dubrownika, który, mimo, że piękny, jest mocno męczący z powodu olbrzymiej ilości turystów.
Zresztą gdzie w Chorwacji nie ma turystów o tej porze?
Jestem pewna, że wrzesień-październik lub kwiecień-maj są o wiele lepszymi miesiącami do zwiedzania tego miasta.

Po trzech dniach ruszyliśmy w kierunku Czarnogóry. Celem były okolice Budvy.
Mimo, że odległość nie była duża, przejazd zajął nam sporo czasu (m.in. przez korki na granicy).

Dotarliśmy na miejsce, no i się zaczęło!
Ludzie pytani o kwatery rozkładali ręce, dziwnie się uśmiechali, mówiąc „full”.
Kilka godzin poszukiwań nie przyniosło rezultatów. Jedyne wolne miejsca były w hotelu, w centrum zatłoczonego i bardzo modnego kurortu, za cenę kilkakrotnie przewyższającą nasz budżet. Zrezygnowaliśmy.
Zrobiło się ciemno.
Postanowiliśmy ruszyć w głąb lądu, do najbliższej miejscowości – Cetinje – ok. 30 km od wybrzeża. Droga przez góry była nieco stresująca. Niskie barierki, górskie serpentyny, a za nimi … widok, owszem piękny, tyle że daleko, daleko w dole – oświetlone nadmorskie wybrzeża. Dodatkowo zapach spalenizny podnosił ciśnienie (wcześniej hulały pożary w Chorwacji i Czarnogórze). W takich warunkach wizja nocy w samochodzie spowodowała, że gdy znaleźliśmy Hotel Grand, niegdyś pięciogwiazdkowy, obecnie podupadający, zalatujący komuną, przyjęliśmy to jak zbawienie.

Przy recepcji pierwsze pytanie: czy są miejsca i za ile, odpowiedź zadowoliła nas. Przy wcześniejszych cenach ta okazała się drobnostką.
Drugie pytanie (była 23.30, byliśmy bez kolacji) czy jest w hotelu restauracja.
Odpowiedź twierdząca.
Więcej nam nie było trzeba. Szczęście na nas spłynęło. Ufff, wreszcie!

Niestety kolega, zadał pytanie dodatkowe: czy restauracja jest czynna?
Ależ skąd!!
Tak się zaczęła nasza noc w Hotelu GRAND rodem z czasów Polski PRLowskiej.

Ze wszystkich obserwacji najciekawsze to zielone parówki na śniadanie, imitująca kawę zimna woda z fusami, obsługa iście królewska: kelner zlewający i zsypujący wszystkie resztki śniadaniowe na jedną tacę, pani kibelkowa myjąca umywalkę szczotką do ubikacji, że już nie wspomnę o tym wystroju i porządku całego hotelu z tamtej właśnie epoki.
Jako, że niewiele pamiętam z czasów komunizmu, a w szczególności z wnętrz hotelowych, bo nie bywałam, miałam jedyną i niepowtarzalną okazję przeżyć to na własnej skórze.
Biorąc pod uwagę wspomnienia jakie pozostaną do KOŃCA życia, nieporównywalne z niczym innym, stwierdzam, że warto było.
Co nie zmienia faktu, że tamtej nocy nie było nam do śmiechu.

Rano, z nowymi siłami pojechaliśmy do Swiętego Stefana, bardzo malowniczej miejscowości w pobliżu Budvy – największego Czarnogórskiego kurortu.
Jedna rozmowa i nocleg na tydzień zaklepany!

Święty Stefan (Sveti Stefan) to miejscowość położona częściowo na lądzie częściowo na małej wysepce, z której zresztą słynie.

Wtedy gdy tam byliśmy (2007) na wyspie trwały prace remontowe i nie można było wejść. Musiały nam wystarczyć widoki z lądu.

Swięty Stefan okazał się dobrym miejscem wypadowym do dalszego zwiedzania.
Obejrzeliśmy kilka kamiennych starówek w różnych nadmorskich miasteczkach, zobaczyliśmy zatokę kotorską (Boka Kotorska) prawie z lotu ptaka, wdrapaliśmy się po prawie 1500 schodach do twierdzy w Kotorze, przejechaliśmy setki kilometrów malowniczymi trasami górskimi, no i opiliśmy się piwa, Proska i Rakiji.

Budva:


Zatoka Kotorska (Boka Kotorska)

Twierdza w Kotorze

Kotor

Droga do twierdzy

Na szczycie

Droga powrotna

Starówka w Kotorze


Stari Bar

W drodze powrotnej odwiedziliśmy Sanktuarium w Medżugorje – miejsce skomercjalizowane bardziej niż można to sobie wyobrazić. Zatrzymaliśmy się na nocleg w chorwackiej Makarskiej, dwie godziny spędziliśmy w korku na aurostradzie, kolejną godzinę przy bramkach zjazdowych z chorwackiej autostrady a po powrocie stwierdziliśmy, ze jesteśmy szczęśliwi, że u siebie, a jednak smutni, że to już koniec przygody.
Warto było zaryzykować.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s